wystawy
mam tylko jedno skrzydło przeLOTem Motyle teatralia
Motyle
3 - 30.06.2009 Galeria Miejskiego Centrum Kultury w Mysłowicach
Mysłowice, ul. Grunwaldzka 7
Mecenas wystawy: Polskie Towarzystwo Pracowników Socjalnych
Patronat Medialny: plfoto.com
Kurator wystawy: Ksymena Zawada
27.10 - 10.11.2006 Westybul Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego
Katowice, ul. Jagiellońska 26
Wystawa Pod Patronatem honorowym Wojewody Śląskiego
Organizator: Polskie Towarzystwo Pracowników Socjalnych
Patronat medialny: Gazeta Wyborcza
Kurator wystawy: Agnieszka Rybicka
Wystawa "Motyle” to opowieść o codziennym życiu dzieci mieszkających w domu prowadzonym przez Zgromadzenie Sióstr Św. Jadwigi w Katowicach-Boguciach. Trafiłam tam przez przypadek, wykonując na zlecenie zdjęcia dla gazety. Siostry pozwoliły mi przychodzić i poznać dom, tak jak funkcjonuje na co dzień. By wykonać autentyczne, niepozowane zdjęcia przychodziłam przez miesiąc. W końcu dzieci zaakceptowały mnie i zaprzyjaźniły się, tak że przestały zwracać uwagę na aparat fotograficzny. Zjawiałam się w domu o różnych porach dnia, o 6 rano gdy dzieci się budziły i wieczorem gdy kładły się spać. Mogłam obserwować wszystkie ich zwykłe i niezwykłe zajęcia. Tytuł wystawy "Motyle" powstał niejako przez przypadek. Wśród dzieci było rodzeństwo o takim nazwisku. Tak też roboczo zapisywałam ich fotografie. Ale po miesiącu przebywania wśród dzieci i obserwacji jak one żyją, doszłam do wniosku, że to najbardziej odpowiedni tytuł dla całego cyklu. Motyl symbolizuje bowiem duszę, szczęście, lekkość, ale też przemianę, przeobrażenie się w lepszą postać. Szansę właśnie na taką transformację dostają dzieci z domu Sióstr Św. Jadwigi.
Agnieszka Astaszow
W ramach wystawy zobaczyć można 29 z około 300 zdjęć, jakie powstały w ośrodku w Katowicach-Bogucicach.
zobacz galerię MOTYLI
Aleksandra Klich, DOM, GDZIE FRUWAJĄ MOTYLE / Gazeta Wyborcza:
„Zaledwie kilka kilometrów od centrum Katowic, tuż obok sanktuarium Matki Boskiej Boguckiej, stoi dom. Potężne XIX-wieczne gmaszysko, imponujące grube mury, czerwona cegła, łukowate sklepienie. A w środku "motyle" ze zdjęć Agnieszki Astaszow - dzieci niezaradnych i zagubionych rodziców, a przygarnięte przez jadwiżanki - zakonnice spod znaku św. Jadwigi, patronki Śląska i żony księcia Henryka Brodatego.
Astaszow, 23-letnia absolwentka socjologii, spędziła w Specjalnym Ośrodku Wychowawczym w Bogucicach kilka tygodni. Robiła zdjęcia, gdy dzieci się myły, jadły, uczyły się, bawiły, rozmawiały z opiekunkami. Siostry jej zaufały. - Sama nie wiem dlaczego. Przecież ze mnie jest taka buntowniczka, a siostry kojarzyły mi się z surową dyscypliną - śmieje się Agnieszka. Szybko przekonała się do zakonnic. Rano zakradała się do sypialni dzieci z siostrą Fidelis, 34-letnią Słowaczką spod Koszyc. Budziły delikatnie dzieci, szepcząc im do uszu miłe słowa. - Dzieci wymagają miłości, musimy im ją dać, żeby mogły to uczucie przekazywać innym w dorosłym życiu. Bo my musimy uczyć dzieci żyć poza ośrodkiem. By poradziły sobie bez nas - opowiada siostra Fidelis.
Ośrodek w Bogucicach powstał w 1886 roku, gdy do Katowic przybyło pięć pierwszych sióstr. Postawiły sobie cel: wychowanie dzieci z zaniedbanych rodzin. Dziś w ośrodku w Bogucicach mieszka 140 dzieci, 18 - w filii w Dąbrówce Małej. Zajmuje się nimi kilkanaście sióstr i cała armia świeckich: wychowawczyń, kucharek, instruktorów. Dzieci podzielono na grupy - rodziny. Żyją w ok. 200-metrowych mieszkaniach. Kolorowe sypialnie z akwariami, pokoje do pracy z biurkami i komputerami. Do tego jadalnia, łazienki, pokój wychowawcy. Młodsze dzieci bawią się klockami i uczą literek w przedszkolu prowadzonym przez siostry, starsze chodzą do pobliskich szkół publicznych.
Dzieci trafiają do sióstr jadwiżanek z całego Śląska. Najczęściej jednak z Katowic, Rudy Śląskiej, świętochłowickich Lipin. Z biedy, bezradności, bezrobocia. Ich rodzicom ograniczono lub odebrano prawa rodzicielskie, choć zdarzają się maluchy, których mamy i ojcowie sami oddali siostrom na wychowanie. - Ludzie sobie nie radzą - rozkłada ręce dyrektorka siostra Angelika. I uśmiecha się: - My wierzymy, że te dzieci nauczą się żyć, spełnią swoje marzenia, będą szczęśliwe.
To dzieci zwykle upośledzone w stopniu lekkim. Nie chodziły do szkoły, trzeba je nauczyć pisać i czytać. Gdy przychodzą do ośrodka, kulą się na widok wyciągniętej ręki. Nie wierzą, że ktoś je chce pogłaskać. Na początku nie myślą o rodzicach, co najwyżej ponarzekają na pijaństwo matki i agresję ojca. Tęsknota za rodziną przychodzi po miesiącach i trudno sobie z nią poradzić. 13-letnia Kasia, śliczna blondynka, stoi przed drzwiami przedszkola. Czeka na dwójkę maluchów. To jej rodzeństwo. - O siostrę i brata trzeba dbać. To moja rodzina - mówi.
Tomek narzeka: - Dawid w nocy ma koszmary i jęczy. Nie umiem spać.
Siostra dyrektorka przytula chłopca: - Dawid ma trudne chwile, musisz go zrozumieć.
Siostra Fidelis najczęściej pojawia się na zdjęciach Agnieszki. Czarny habit, niebieski welon, medalion z Matką Boską z jednej strony, ze św. Jadwigą z drugiej. Przytula dzieci, rozmawia z nimi. W świeckim życiu nazywała się Kwieta Forgaczowa. Z zawodu geodetka, zawsze marzyła, by zajmować się dziećmi. Udało się w Polsce, w zgromadzeniu jadwiżanek. Nie chce więc wracać na Słowację. Pokochała Polskę, tutaj skończyła teologię i pedagogikę.
Ślubowała czystość, ubóstwo i posłuszeństwo. Budzi się o piątej, potem jest jutrznia. O 11 wspólna modlitwa, wieczorem brewiarz. Między tym ciągle dzieci. Kino tylko z nimi, głównie bajki. Basen w Pałacu Młodzieży i park w Chorzowie. Kiedyś uczyła religii w szkole, ale zabrakło czasu i musiała zrezygnować. Uwielbia książki, ale kiedy je czytać? Dzieci są ciągle. Rozmowy, rozmowy, rozmowy. - Jestem ich mamą. Czy mogę odmówić i powiedzieć, że idę spać, bo jestem zmęczona? - pyta siostra Fidelis.
Uczy dzieci życia. Razem smażą frytki, pieką pizzę, robią kanapki i galaretkę. Przekonuje, że starsi muszą opiekować się młodszymi. Gdy słyszy za sobą przekleństwa i inwektywy, pyta: - Dlaczego mi to robisz, przecież ja cię nie skrzywdziłam? Ja cię szanuję, ty mnie szanuj.
Ile z dzieci wychowywanych w ośrodku sióstr jadwiżanek wychodzi na prostą?
- Wszystko zależy od możliwości intelektualnych, wsparcia rodziny, MOPS-ów - wzdychają siostry. - Ale widujemy też naszych podopiecznych ze słoikami przed jadłodajniami.
Agnieszka Astaszow: - Te dzieci są delikatne, wrażliwe, zranione, łatwo je zranić powtórnie. Jak motyle.
- Boi się siostra czegoś? - pytam siostrę dyrektorkę.
Uśmiech znika: - Gdy dziecko dorasta i dostaje mieszkanie, myślę, co ono będzie robić, jak sobie poradzi. Ale muszę je stąd wypuścić. Taka jest kolej rzeczy.”
Aleksandra Klich, Dom, gdzie fruwają motyle („Gazeta Wyborcza”, 27.10.2006)
ZDJĘCIA Z WERNISAŻU:
fot. z Mysłowic - Tomek Gut

























